piątek, 30 grudnia 2016

Dawne łemkowskie tradycje i zwyczaje bożonarodzeniowe

Łemkowie mieszkający w swoich górach, często odcięci od świata, przez śnieg lub deszcz, rzadko przebywający z ludźmi spoza ich społeczności, dłużej i w pełniejszej formie zachowali stare obrzędy  i zwyczaje.


Najważniejszym u Łemków świętem było Boże Narodzenie zwane ,,Rizdwo". Należy ono do 12 wielkich świąt.
Przygotowania do tego święta rozpoczynały się sporo przed 7 stycznia ( Boże Narodzenie w obrządku wschodnim obchodzone jest właśnie wtedy, gdyż posługują się kalendarzem juliańskim).
W okresie poprzedzającym to wielkie święto, czyli w czasie Adwentu gromadzono się na wspólne przędzenie lnu, spotkania te nazywano ,,weczirky". Natomiast przed samymi świętami odbywała się zabawa zwana ,,łomanyk". Polegała na tym, że do dziewcząt zebranych przy przędzeniu lnu przychodzili chłopcy przebrani za Żyda, Cygana, niedźwiedzia, barana.
Młodzież bawiła się w ten sposób, że chłopcy łapali dziewczęta leżące na podłodze za nogi i przeciągali tam i z powrotem :)

Szczególnie ważnym dniem była Wigilia, czyli ,,Światyj Weczir". Z tym dniem wiązało się bardzo wiele tradycji, trzeba było uważać, żeby nie pominąć któregoś z zakazów i nakazów, ponieważ wierzono, że w przyszłym roku los zemściłby się za to na losach człowieka, lub całego gospodarstwa.
Przede wszystkim tego dnia,podobnie jak u nas obowiązuje post. Nie wolno było jeść świeżych warzyw i owoców, żeby na ciele nie robiły się czyraki. Podczas rozpalania ognia również należało zachować ostrożność, gdyż dmuchanie w ogień mogło w nadchodzącym roku spowodować krosty.
Niektórzy chodzili do lasu, lub do sąsiada kraść drzewo. Nie chodziło jednak o kradzież w sensie dosłownym, ale o przyniesienie choćby patyka, lub trzaski schowanej tak, aby nikt po drodze tego nie zauważył.
Szczęście miało przynosić pożyczenie tego szczególnego dnia pieniędzy od Żyda.



Podczas gotowania wigilijnych potraw kobiety pilnowały, żeby dzieci nie podkradały nic z garnków, bo latem wilk porywałby owce. Kiedy wkładano chleb do pieca, gospodyni wyciągała kilka węgielków i każdemu przyporządkowywała nazwę poszczególnych zbóż. Na którym węgielku zrobiło się najwięcej popiołu, na tę roślinę miał być w nadchodzącym roku najlepszy urodzaj.

Gdy zapadał zmrok cała rodzina szła boso nad rzekę, lub potok, by się w nim myć ,,aby być zdrowym, jak bystra woda".
Czasem podczas takich kąpieli rozbierano się nawet do naga!
Dziś zapewne jeśli ktoś zdecydowałby się na taką kąpiel, która miała przynosić zdrowie, najpewniej by się rozchorował :) A przecież dawniej zimy były srogie i mroźne, nie takie jak obecnie...

Potok Rzepedka zimą


Z nad rzeki przynoszono w ustach wodę, którą po wejściu do domu wypluwano na piec - wszystko po to, żeby przez cały rok nie cierpieć na ból zębów.
Zwierzęta w stajni miały pokosztować chleba z czosnkiem, żeby były zdrowe.

Przygotowując się do wieczerzy stawiano w kącie izby niemłócony snopek owsiany. Gospodarz na stole rozścielał siano, następnie posypywał je owsem, żeby w domu było dużo pieniędzy i na tak przygotowany stół kładł obrus.
Na stole musiało znaleźć się kilka bochenków chleba, sól na talerzu, czosnek, oraz garnuszek w którym były wszystkie rodzaje ziarna i do tego wkładało się świecę.
Pod stołem gospodarz kładł kosę, siekierę - żeby nogi nie bolały, lub inne przedmioty. Co się tam znalazło miało przynosić szczęście, na przykład żeby było co młócić pod stołem leżał cep.


Na wieczerzę gotowano 12 potraw. Po trzy łyżki z każdego dania odkładano do skopca do dojenia mleka (dijnyczok) i dawano później krowom, żeby im czarownica nie odebrała mleka.
Gospodyni kroiła dużo chleba, układała go na talerzu w piramidę tak, żeby po drugiej stronie stołu nie było widać zza kromek chleba gospodarza. Mówił przy tym: ,,Żeby mnie nigdy nie było widać zza naszego zboża na polu".
W czasie Wigilii najpierw jedzono czosnek maczany w soli. potem domownicy pili po kieliszku wódki za wszystkich obecnych i nieobecnych.
Potem podawali kapustę, bobalki z makiem, gołąbki z grzybami, ziemniaki całe, ziemniaki z juszką (juha - łemkowski kompot z suszu), jabłka pieczone, groch, bób, fasolę, pęczak, kaszę ze śliwkami, oraz żur łemkowski zwany kiesełycą (owsiany).
Potrawy maszczono olejem własnego wyrobu i oczywiście jadano z jednej miski.

źródło: internet :)


W czasie spożywania wieczerzy również należało przestrzegać kilku zasad. Przede wszystkim nie siadać do stołu z niespłaconymi długami, nie wolno też było opierać się o stół, żeby zboże się ,,nie zwaliło".

Pierwszy dzień Bożego Narodzenia, czyli ,,Rizdwo" rozpoczynał prognozę pogody na cały rok. Każdy kolejny dzień przepowiadał pogodę dla jednego miesiąca w roku.
Co ciekawe na Pogórzu starsze osoby nadal praktykują takie przepowiadanie pogody. Moja babka każdego roku zapisuje na kartce jaka była pogoda przez 12 dni po ,,ruskich świętach". Czy się sprawdza? Może w małej części tak, ale liczy się tradycja i chęć jej kultywowania :)



Łemkowie pierwszego dnia Świąt myli twarz wodą, do której uprzednio wrzucali drobne pieniądze, zwyczaj ten miał zapewnić bogactwo. Na Pogórzu również istnieje taka tradycja, tylko że rytuał ten czyni się w Wigilię :)
W niektórych wioskach gospodarz wprowadzał do izby owcę, lub konia na pamiątkę adoracji nowo narodzonego Jezusa przez zwierzęta.
Wśród katolików obrządku wschodniego bardzo ważni pierwszego dnia Świąt są kolędnicy, dawniej odwiedzali domy wcześnie rano.

,,Carowie" (źródło: lemko.org)


Drugi dzień Świąt nazywany był ,,wymitny" ponieważ tego dnia, pierwszy raz od Wigilii można było pozamiatać izbę. Należało to uczynić bardzo wcześnie. Śmieci z podłogi dziewczęta wyrzucały w najmniej uczęszczanym miejscu w sadzie i tam wysypując ,,hiłkała" (,,hiłkanie" to okrzyk pasterski), z tej strony, z której odezwało się echo, miał przyjść jej przyszły narzeczony.

Trudno mi powiedzieć jak obecnie wyglądają łemkowskie Święta, ale na pewno jest choinka  trochę skromniejsza niż nasza. Muszą być na niej światełka, cukierki i orzechy.

Dawniej na Pogórzu i Łemkowszczyźnie powstawały ozdoby ze słomy, teraz już mało osób potrafi je robić... (źródło: zywapracownia.pl)

W cerkwi nie ma szopki, jest za to ikona Narodzenia Chrystusa. Każdy wierny kłania się i ją całuje. W domach również wiesza się taką ikonę.
Po pojawieniu się pierwszej gwiazdki głowa rodziny rozpoczyna modlitwę, a następnie rozdaje wszystkim zgromadzonym prosforę, czyli poświęcony w cerkwi przaśny chlebek spełniający rolę znanego nam opłatka. Zwyczaj dzielenia się prosforą w domach pojawił się niedawno, na skutek wpływu kultury zachodniej.
W czasie Świąt Bożego Narodzenia wierni uczestniczą w nabożeństwach.

Źródło: halogorlice.info

Tradycje łemkowskie i pogórzańskie są bardzo podobne. Stąd wiele z nich jest mi znanych z dzieciństwa. U nas także zanosiło się krowom po trosze każdego dania, pod stołem wigilijnym leżała siekiera. Podczas wieczerzy nie wolno było wstawać od stołu, ani odkładać łyżki (bo do każdej potrawy używaliśmy łyżki). Jedliśmy i nadal jemy z jednej miski.

Żur u nas na Wigilii zawsze był i jest na zakwasie z mąki owsianej.
Żeby zrobić zakwas na taki żur potrzebujemy około pół kilograma razowej mąki owsianej, którą zalewamy ciepłą przegotowaną wodą (niektórzy dodają do tego skórkę z chleba).
Odstawiamy na kilka dni w ciepłe miejsce. Po około 2 dniach powinno już zacząć się ,,burzyć".
Następnie gotujemy około 2 litry wody z dodatkiem liścia laurowego, ziela angielskiego i oczywiście czosnku oraz suszonych grzybów. Do gotującej się wody wlewamy przez sito rozmieszany zakwas i tutaj trzeba go pilnować, żeby nie ,,uciekł" :)
To nie przepis na oryginalną kiesyłycę, ale na żur owsiany przygotowywany tradycyjnie w moim rodzinnym domu.


Kiedy byłam dzieckiem mama zawsze mawiała ,,Jaka Wigilia taki cały rok", Przykazywała, że mamy być grzeczni i nie rozrabiać, ani się nie kłócić, bo będziemy tak robić cały nadchodzący rok. Miało to oczywiście również czysto praktyczną zaletę - spokój podczas przygotowywania wieczerzy.

Szkoda, że z czasem wiele tradycji albo zanika, albo zatracają swój poważny charakter, zamieniając się w coś zabawnego, powód do żartów i kpin.
Jeśli chodzi o łemkowskie tradycje, zwyczaje i obrzędy doroczne, to były one utrzymywane do końca drugiej wojny światowej. Natomiast późniejsze zawirowania, przesiedlenia nie pozostały przecież bez wpływu na kulturę łemkowską.
Dziś zapewne część wspomnianych zwyczajów, a zwłaszcza przesądów, czy wróżb odeszła w niepamięć. Nawet ci Łemkowie, którzy powrócili do swoich dawnych okolic nie wykonują już tych bądź co bądź starodawnych praktyk.
Jak im się dziwić, skoro nawet nasze tradycje zanikają, choć nie spotkały nas trudności związane z wysiedleniem, wykorzenieniem...

Dobryj Weczir Tobi


Dobryj weczir tobi, pane hospodaru,
Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia.
Zastełajte stoły ta wsie kilimami,
Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia.
Taj pridut do tebe tri prazdniki w hosti,
Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia.
A perszy to prazdnik Rożdiestwo
Christowo, Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia.
A druhi to prazdnik Swiatoho Wasyla,
Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia.
A tretij to prazdnik Swiato-Wodochryszcza,
Radujsia - oj radujsia zemle,
Syn Bożyj narodywsia



Kasia


Źródło:

Jan Madzik ,,Zwyczaje doroczne Łemków" w ,,Nad rzeką Ropą - Zarys kultury ludowej powiatu gorlickiego", Kraków 1965 r.

www.teodorkuziak.prv.pl

www.miroslavpotoma.sk

piątek, 23 grudnia 2016

Letnia wędrówka z Koniecznej do Radocyny

Chcemy powrócić dzisiaj do letniego czasu,gdy za oknem zima :) Będzie to krótka relacja z naszej wrześniowej wycieczki w okolice Koniecznej. Wybaczcie, że tym razem będzie raczej więcej do oglądania niż do czytania ale przedświąteczne zamieszanie i nam się udzieliło, jakoś brakuje czasu na dłuższy wpis :) 

Nasza wycieczka miała formę pętli z początkiem i końcem przy cerkwi w Koniecznej. Ruszamy za niebieskim szlakiem granicznym który wkracza na łąki. Idziemy w stronę Dębiego Wierchu, szczytu z którego zboczy wypływa rzeka Wisłoka.




Za sobą zostawiamy rozległe łąki w Koniecznej i pasące się na nich stada krów :)
Tutaj chyba wszyscy zajmują się hodowlą rogacizny.



 Niebieski szlak po chwili gdzieś nam znika, ale na przełaj idziemy w kierunku granicy polsko - słowackiej którą będziemy podążać przez następnych kilka kilometrów.



Po prawej ukazuje się nam cmentarz wojenny nr 46 na stokach masywu o nazwie Beskidek. A dokładniej widzimy czubek kamiennej wieży stanowiącej główny element cmentarza. Jest to miejsce warte osobnej wyprawy, postaramy się tam kiedyś wybrać .




Po wejściu na słowackie łąki naszym oczom ukazują się piękne panoramy na Beskid Niski u naszych południowych sąsiadów :) Równie piękny lecz bardziej zaludniony i zagospodarowany...




 Poranne mgły utrzymują się dość długo,około 11 wciąż nie było takiej przejrzystości,by móc w pełni nacieszyć oczy tym krajobrazem.



Skraj lasu, kwaśne, ubogie w składniki mineralne łąki to miejsca, które upodobał sobie wrzos pospolity. 
Ciekawostką jest, że miód wrzosowy należy do najlepszych miodów kwiatowych. W stanie płynnym ma zabarwienie czerwonobrunatne i konsystencję galaretowatą. Znalazł zastosowanie w leczeniu schorzeń prostaty.


Widok na pasmo Jaworzyny Konieczniańskiej, przed nią Beskidek, widoczny również czerwony dach dawnego przejścia granicznego w Koniecznej.




Widokowe łąki ustępują miejsca zaroślom , następnie szlak wchodzi w las. Mieliśmy sporo zdjęć ze szlaku granicznego, niestety jakimś cudem zniknęły z karty pamięci w aparacie, pewnie jakiś błąd w zapisie. Jest więc tylko kilka...


 Leszczynowy zagajnik :)



Przełęcz pod Zajęczym Wierchem - tutaj skręcamy na północ w kierunku Radocyny. Szlak w tym miejscu jest strasznie podmokły i mocno zakrzaczony.



 W stronę Radocyny wyznakowany jest zielony szlak Lasów Państwych im. Jaworeckiego. Lecz trzeba się dobrze rozglądać za znakami tego szlaku gdyż są praktycznie niewidoczne...







Roślina poniżej to bobrek trójlistkowy, spotkaliśmy go w górnej, przygranicznej części Radocyny. Jest to roślina terenów podmokłych, torfowisk, występuje w kwaśnych młakach turzycowych, jak z resztą widać na naszych zdjęciach - rośnie w stojącej wodzie. 
Ma piękne kwiaty.



 Surowcem leczniczym są liście bobrka. Napar z liści pobudza wydzielanie soków żołądkowych, wspomaga trawienie, pobudza apetyt. Trzeba jednak uważać, ponieważ w zbyt dużej dawce robi się niebezpieczny, może powodować biegunkę i wymioty.
Do ubiegłego roku znajdował się pod ochroną częściową, obecnie nie podlega ochronie.
Jest rośliną mało pospolitą, rozproszony zarówno n niżu jak i w górach.



 Tereny dawnej łemkowskiej wioski Radocyna, jeszcze nie całkiem zarośnięte lasem. Więcej o tej łemkowskiej wiosce przeczytacie TUTAJ.
W dolinie Wisłoki podmokłe łąki przez które próbowaliśmy się przedzierać na skróty, niestety musieliśmy zawrócić i poszukać dogodniejszej ścieżki :)





Widok na dolinę Radocyny


Za cmentarzem w Radocynie skręcamy w lewo i żółtym szlakiem, który prowadzi utwardzoną drogą leśną wracamy do Koniecznej.


 Jeszcze kiedyś musimy wybrać się na górkę widoczną powyżej, stamtąd też musi roztaczać się cudna panorama Radocyny.


Jesiennie...
  

Całkiem fajnie się maszerowało tą drogą ale na rower jest wprost idealna. Żadnych większych wzniesień a i nawierzchnia też niczego sobie :) 




 W lesie spotykamy kilka samochodów. Sezon na rydze był wówczas w pełni, na dodatek tego roku nie było suszy, jak w poprzednich latach, więc był urodzaj na grzyby.


Po wyjściu z lasu znajdujemy taką oto tablicę na łące przy szlaku z rozrysowanymi okolicznymi szczytami :)
Niestety znów widoczność nienajlepsza...



Nasza wrześniowa wędrówka dobiegła końca. Podziwiamy jeszcze niezwykłą cerkiew pw. św. Bazylego Wielkiego w Koniecznej. Ale więcej o niej i o wsi Konieczna napiszemy innym razem :) 



Polecamy tą trasę, ale latem trzeba uważać, bo w Koniecznej wszędzie są pastuchy ;) Może prąd nas nie zabije, ale kłopotliwe jest przechodzenie przez druty, zwłaszcza, że podziwiając widoki czasami możemy ich nie zauważyć :)
Jeśli chodzi o Radocynę, to wiele osób kończy swój spacer na cerkwisku i cmentarzach, a warto wybrać się pod granicę, żeby zobaczyć stamtąd całą dolinę. Można też pospacerować po łąkach, miejscami są trochę podmokłe, ale da się przejść.


Na koniec przyjmijcie od nas najserdeczniejsze życzenia świąteczne :)





Kamil


sobota, 17 grudnia 2016

Odkrywanie łemkowszczyzny - Ropki

Od dłuższego czasu bezskutecznie polowaliśmy na słoneczną aurę. Kiedy w końcu prognozy były obiecujące, w niedzielę miało być słonecznie, zostawiliśmy córkę z dziadkami i wyruszyliśmy w okolice Wysowej. Dzień krótki, droga daleka, ale przecież nie można siedzieć w domu, kiedy za oknem piękna zima :) Zastaliśmy w Wysowej delikatny mróz, około 20 cm śniegu - idealnie...

Wyruszamy do Ropek :)


My wybraliśmy drogę od strony Huty Wysowskiej, ponieważ chcieliśmy nacieszyć oczy widokiem z przełęczy...


Ropki ( po łemkowsku Ripky) leżą w zachodniej części Beskidu Niskiego, pośród Gór Hańczowskich. Pierwszy raz były wzmiankowane około roku 1581, jako wieś lokowana na prawie wołoskim z inicjatywy Adama Brzezińskiego.
W 1881 roku wieś Ropki liczyła 336 mieszkańców, zajmujących 56 gospodarstw.
W tym 325 Łemków i 11 Żydów.
Początkowo wieś należała do parochii w Hańczowej, jednak na przełomie XVII i XVIII wieku cerkiew w Ropkach przestała podlegać księdzu z Hańczowej. Wówczas msze zaczął odprawiać ksiądz z Izb.
Prawdopodobnie w 1801 roku powstała we wsi nowa cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Bogarodzicy i znów nastąpiło połączenie z parochią z Hańczowej.



Cerkiew z Ropek na szczęście nie podzieliła losu wielu innych łemkowskich obiektów sakralnych. Pod koniec lat 70-tych została rozebrana i przewieziona do Skansenu w Sanoku. Tam musiała czekać około 20 lat na to, żeby została ponownie złożona. Teraz można podziwiać ją w Sanoku, odnowioną, zadbaną...
A jest na prawdę godna uwagi. Wewnątrz można zobaczyć teraz odnowioną iluzjonistyczną polichromię, pokrywającą szczelnie powierzchnię ścian. Zarówno polichromia, jak i ikonostas są dziełem rodziny Bogdańskich z Jaślisk.
Waszej uwadze polecam film Krzysztofa Krzyżanowskiego, o renowacji świątyni, o tym co o przeniesieniu jej sądzili mieszkańcy Ropek...


Mieszkańcy Ropek byli bardzo zaradni. Zakupili las zwany ,,Debra", który znajdował się ponad wsią, dzięki czemu stali się samowystarczalni, a sprzedaż drewna z gromadzkiego lasu pozwoliła przetrwać mieszkańcom w trudnych czasach.
We wsi była także olejarnia, która wytwarzała olej z lnu, folusz, w którym powstawało sukno, a także młyn wodny i dwie kuźnie. Ponadto we wsi mieszkali krawcy, tkacze, cieśle oraz muzykanci.
Poniżej cerkwi znajdowała się karczma prowadzona - jakżeby inaczej - przez Żydów.
Z pomocą Łemków zarobkujących w Ameryce wybudowano szkołę. W 1927 roku otwarto czytelnię imienia Kaczkowskiego.

Prace polowe w pobliżu cerkwi


Ropki, jak inne wsie została wysiedlona. Ostatni mieszkańcy zniknęli stąd w 1947 roku, podczas akcji ,,Wisła". Wróciła tylko jedna rodzina...

Obecnie w Ropkach na stałe mieszka około 20 - 30 osób. Znajdują się tu agroturystyki - wiadomo, bliskość uzdrowiska robi swoje, oraz domki letniskowe. 
No i oczywiście mamy tutaj piękne widoki :)



Wędrując od przełęczy pierwszą agroturystyką jaką napotykamy jest ,,Swystowy sad". Przyznam, że mi najbardziej właśnie ona przypadła do gustu. Po prostu ,,wpisuje się" w ten krajobraz...




Jak czytam na ich stronie, nazwa pochodzi stąd, że gospodarstwo powstało w miejscu gdzie znajdował się sad Piotra Swysta - przedwojennego gospodarza tego miejsca...
W Ropkach znajduje się kilka innych agroturystyk, każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie :)


Niedaleko widzimy dwa przydrożne krzyże, jeden obok drugiego. Podobno zostały przeniesione w to miejsce, ale skąd?


No i oczywiście dom, w którym latem znajdziemy domowe ciasto :)
Widzieliście go także w filmie powyżej, tyle że teraz gospodarzy tam inna Pani...


Opodal znajduje się dość ładna, drewniana współczesna kapliczka...



Droga wije się doliną potoku, mijamy kolejne domy... Jak widać ciągle powstają nowe.


Naszym oczom ukazują się krzyże na górce, znak to, że dotarliśmy do cmentarza i miejsca po cerkwi.  Lubimy stare łemkowskie cmentarze odwiedzać zimą, nie przeszkadzają nam wówczas bujne trawy i zielska, wszystko pięknie widać :)


Ten kamień z pamiątkową tablicą został postawiony i poświęcony niedawno - na początku listopada.
Został on ufundowany przez prof. Andrzeja Jaczewskiego, mieszkańca Ropek od ponad 50 lat. Profesor jest ponoć wielkim znawcom i miłośnikiem muzyki cerkiewnej.
Poświęcenia dokonał ksiądz Władysław Kaniuk - proboszcz parafii prawosławnej w Hańczowej.
Odsłonięcia tablicy dokonała Grażyna Furman - wnuczka śp. Józefa i Melanii Mamrosz, którym udało się powrócić...







 A poniżej kamiennych nagrobków, pomiędzy drzewami stała cerkiew...



Przemykamy koło posiadłości mieszczącej się poniżej cerkwiska, dostrzegamy na podwórku cokół krzyża przydrożnego...


Przez Ropki przechodzi kilka szlaków turystycznych :

- czerwony z Izb do Banicy
- czerwony z Hańczowej wiodący wzdłuż drogi
- żółty w granicy Ostrego Wierchu 
- niebieski z Wysowej

Stąd w miejscu skrzyżowania dróg stoi tablica ogłoszeń i drogowskazy :)



Do Hańczowej pójdziemy innym razem, ale podchodzimy kawałeczek tamtą drogą, żeby zobaczyć krzyż przydrożny z 1900 roku.




Idziemy dalej, zmierzamy do opuszczonej doliny Czerytyżnego, więc powoli żegnamy się z cywilizacją. 


 Ciekawa budowla, może na podmurówce łemkowskiego spichlerza?


Wszędzie ,,tereny prywatne"...

Ostatnia kapliczka...

Wracamy wieczorem, tuż przez zachodem słońca. Zimowy dzień jest krótki, a w dodatku w takich dolinach jak ta wcześnie słońce chowa się za szczytami. Śnieg zaczyna skrzypieć pod butami, mróz szczypie w uszy. Kiedy dotarliśmy do samochodu było już -6 stopni...


Pomazanej sprayem dwujęzycznej tablicy szkoda komentować... Zal mi tych ludzi, którzy to robią, bo w innych miejscowościach przecież też są takie epizody... Nie chcę tutaj wyrokować, ale raczej nie robią tego dorośli, a młodzież. A dlaczego? Pewnie nawet sami nie do końca rozumieją...


 Wracając spotykamy bodajże najbardziej rozpoznawalnego mieszkańca Ropek - Mańka zwanego Kalendarzem :)
Z daleka poznaję jego sylwetkę, chód. Znam go jeszcze z czasów kiedy chodziłam do jednej z gorlickich szkół średnich. Często bywa w Gorlicach :)
Oczywiście dowiadujemy się kiedy przypadają nasze imieniny, w jaki dzień w ubiegłym roku wypadły nasze urodziny. No i rzecz jasna wspomnienie których świętych wypadnie w tym nadchodzącym tygodniu.
Na koniec Maniek serdecznie nas uściska :) Życzymy mu wszystkiego dobrego, bo to sympatyczny człowiek :) Jest ubogi, samotny, ale tyle w nim radości życia, którą zaraża innych ludzi...
Maniek miał nawet swoje 5 minut w mediach ;)
Przeczytacie o nim na stronie Radiowej Trójki.
Dwa lata temu słuchacze pomogli w zbiórce pieniędzy na remont dachu Mańka - ,,Człowieka - Kalendarza"...


Kasia