sobota, 20 sierpnia 2016

Na kamienistym Piotrusiu ( 728 m n.p.m.)

Wyspowy masyw Piotrusia ( 728 m n.p.m.) jest najwyższy we wschodniej części Beskidu Dukielskiego który jest częścią Beskidu Niskiego. Łagodnie zarysowany szczyt góry, któremu zawdzięcza on swoją drugą nazwę - Płazyna wieńczy ostra grzęda piaskowców o charakterystycznej żółtawej barwie. Niewątpliwie od tej właśnie grzędy i rozrzuconych tu i ówdzie głazowisk nawiązuje nazwa, występująca  w wersjach Piotruś, Petrus lub Pitrosa - po rumuńsku piatra oznacza "skałę".





Według nas Petrus lub Pitrosa lepiej pasują do tego szczytu niż taki zdrobniały Piotruś :)



Wyjść na szczyt Piotrusia można żółtym szlakiem, wyznakowanym przez gminę Dukla, z dwóch stron. Do wyboru mamy start z pola namiotowego w przysiółku Stasiane lub z Zawadki Rymanowskiej.
W Zawadce byliśmy zimą, pisaliśmy o niej TUTAJ.
Mamy całą niedziele wolną więc wybieramy dłuższa trasę z Zawadki która według szlakowskazów zajmie nam 2 godziny i 15 minut. Wędrując z naszą córeczka dokładamy do tego czasu jeszcze co najmniej godzinę więcej :)



Samochód zostawiamy przy cerkwi gdzie jest niewielki parking. Kierujemy się na południe,szlak wiedzie przez potok a następnie lekko pod górkę w stronę starego cmentarza. Zachowało się tutaj ledwie kilka krzyży kiepsko widocznych wśród bujnej zieleni...


Tutaj gdzie kiedyś były prawdopodobnie łąki rosną teraz krzaki, młode drzewa i wysokie trawy przez które ciężko się wędruje. Dobrze że ścieżka jest wydeptana gdyż łatwo można by się zgubić :)


Dochodzimy po chwili do przecinki w lesie. Biegną tędy linie wysokiego napięcia i cały las pod nimi jest wycięty. Zauważamy tutaj pojedyncze okazy barszczy Sosnowskiego, jednej z najniebezpieczniejszych roślin w Polsce. W Zawadce Rymanowskej w miejscu dawnego PGR-u jest go bardzo dużo i studenci z chatki SKPB Lublin wydali specjalne ostrzeżenie i informacje : http://www.skpb.lublin.pl/x-plants-czyli-barszcz-sosnowskiego/



Las robi się coraz ładniejszy, pojawiają się drzewa iglaste, przeważnie świerki a później także jodły. Oznakowanie szlaku jest bardzo czytelne, znaki są widać niedawno odmalowane co nas cieszy :) Tym niemniej warto i tak mieć ze sobą mapę i oczy szeroko otwarte.






Dochodzimy do odludnej dolinki potoku Białego. Jest to miejsce zwane Oblinka. Uroczysko w środku lasu odwiedzane najczęściej przez zwierzęta i czasem przez drwali którzy zjeżdzili ten teren ciężkim sprzętem...


Bez odpowiednich butów ani rusz...





Przeprawiwszy się przez błota i koleiny wchodzimy w piękny jodłowy i wiekowy las. Czeka na nas tutaj niespodzianka w postaci wielkiej ilości grzybów i to zaraz przy szlaku. Nie mamy ich jednak do czego zbierać bo nie szliśmy przecież na grzybobranie. Najwięcej jest borowików a oto zdjęcie największego okazu który prezentuje dumnie Milenka :) 



Jednak jak się okazało miał on już "lokatorów" więc byliśmy zmuszeni go zostawić w lesie. Dużo było również koźlarzy jak również borowików ceglastoporych, skądinąd bardzo pięknie się prezentujących :) 


Zachwycający las z okazałymi jodłami, niektóre były naprawdę potężne.






Złamana jodła przerobiona przez dzięcioły na mieszkania :) 



Pojawia się coraz więcej skał , trzeba uważać gdzie się stawia kroki gdyż są one porośnięte mchem. Szlak przez to jest bardzie malowniczy, to właśnie dla tych kamieni i skałek tutaj się wybraliśmy.








U wschodniego podnóża grzędy szczytowej spoczywają blisko czterometrowej długości pryzmy bloków skalnych. Na początku XX wieku z wydobywanego tutaj kamienia wybudowano kościół w Lubatowej. Możliwe, że nadmiar surowca pozostawiono na miejscu. 




Pragniemy również odnaleźć źródło zwane Świętą Wodą które tradycja wiąże ze św. Janem z Dukli. Mieszkańcy Jaślisk i okolicznych wsi uważają że to właśnie tu św. Jan szukał sobie miejsca na pustelnię. Od żółtego szlaku kieruje nas w to miejsce tabliczka umieszczona przez Nadleśnictwo Dukla. Ścieżka oznaczona jest widocznymi na zdjęciu niebieskimi znakami z krzyżykiem które jednak trudno dostrzec na ciemnej korze drzew.
Nie dajcie się zwieść, kilka kroków za drogowskazem ścieżka skręca w dół.




W tym miejscu trochę pogubiliśmy drogę ... Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :) Napotkaliśmy pierwszego turystę na naszej trasie który podchodził na Piotrusia od strony pola namiotowego Stasiane. Wywiązała się między nami bardzo miła rozmowa i w dalszą trasę ruszyliśmy z naszym nowym znajomym :) Dowiedzieliśmy się że już kilka dni wędruje samotnie po okolicach Jaślisk i Dukli i jesteśmy jednymi z niewielu turystów których spotkał na szlaku. Szukał w Beskidzie Niskim odskoczni od pracy , spokoju, dzikiej przyrody i znalazł to :) 

Chwila rozmowy i odpoczynek po wejściu na  górę Piotruś :) 








Z pomocą naszego towarzysza i jego przenośnego GPS-a udaje nam się również odnaleźć źródełko św. Jana. Jeśli tam będziecie to patrzcie dokładnie na drzewa i kierujcie się za takimi oto oznaczeniami : 


Przy źródełku z inicjatywy proboszcza z Jaślisk wybudowano w 2005 roku niewielką kaplicę. 


Urody cudownej nie ma ta kaplica ale w środku jest całkiem ładnie, można usiąść pomodlić się, odpocząć. Znajdziemy tam także książkę do której można się wpisać :)




Od lat na potężnym jaworze, wyrastającym niemal nad samym źródłem, wisi niewielka kapliczka nadrzewna. Niestety źródło wyschło...



Powrót do Zawadki Rymanowskiej :) 


Na zakończenie tego pełnego wrażeń dnia odwiedzamy razem z naszym współtowarzyszem chatkę studencką SKPB Lublin która mieści się w starej łemkowskiej chyży. Można tutaj przenocować jak również rozbić namiot przed chatą. 




Dwie ciekawostki przyrodnicze które spotkaliśmy podczas naszej wycieczki : 

Nadobnica alpejska - chrząszcz należący do rodziny kózkowatych, jeden z najpiękniejszych owadów polskich. Występuje w starych górskich lasach bukowych i związana jest pokarmowo prawie wyłącznie z bukiem. Najlepsze warunki rozwoju znajduje obecnie w Beskidzie Niskim i Bieszczadach. Należy w Polsce do gatunków bardzo rzadkich i objęta jest ochroną prawną. 



Goryczka trojeściowa  - jest to górska roślina, trującą, silnie gorzką - jak sama nazwa wskazuje. Dawniej w medycynie ludowej używano jej m. in. przy niestrawności, zaburzeniach trawienia i łaknienia, zaparciach. Roztwór tego ziela powodował zwiększenie wydzielania soku żołądkowego, zwiększał apetyt i działał żółciopędnie.
Od 2014 znajduje się pod ochroną częściową, wcześniej pod ścisła.




Chcielibyśmy na koniec pozdrowić turystę który z nami wędrował i znosił dzielnie nasze towarzystwo :) Niestety nie zapytalismy go nawet jak ma na imię, jedynie wiemy że przyjechał w Beskid Niski z Bielska-Białej. Mamy nadzieje że los zrządzi tak że jeszcze spotkamy się gdzieś na szlaku :) 


Źródło :

"Beskid Niski dla prawdziwego turysty" wydawnictwo Rewasz, Pruszków 2015

sobota, 13 sierpnia 2016

Wędrując doliną potoku Zawoja - Wołowiec

Wołowiec to obecnie maleńka wioska. Otoczona od północy Mareszką (801 m n.p.m), od wschodu Uhercem (706 m n.p.m), od południa spływają stoki Suchej Góry, od zachodu zaś Obszaru. Dziś mieszka tu około 50 osób.
Mimo iż z tego co mi wiadomo, nie dojedziecie tam żadnym publicznym środkiem lokomocji, to warto się tam wybrać, zobaczcie dlaczego :)


Kiedyś była to bardzo duża wieś. Widać to wyraźnie na mapach WIG.


 Przed wojną znajdowało się tutaj około 120 gospodarstw. Wołowiec był wzmiankowany już w 1581 roku jako wieś świeżo założona. Pod koniec XIX wieku mieszkało tu 832 grekokatolików.

Około roku 1794 w Wołowcu odbył się ślub polskiego szlachcica z córką ówczesnego proboszcza unickiego. Było to dość niespotykane wydarzenie jak na tamte czasy, kiedy to małżeństwa mieszane, a zwłaszcza polsko-ruskie były rzadkością.

W 1927 roku prawie cała ludność przeszła na prawosławie. 
Poniżej obecnej cerkwi wybudowano najpierw czasownię, a później w 1936 roku z pomocą Łemków Z Ameryki rozpoczęto budowę cerkwi prawosławnej, jednak nigdy nie została ona ukończona... Budowali ją rzemieślnicy, którzy stawiali cerkiew w Gładyszowie stąd pewne podobieństwo. Świątynia została rozebrana w 1955 roku przez pobliski PGR.



Tak wyglądała nigdy nie skończona cerkiew prawosławna...

W 1945 roku większość mieszkańców uległa sowieckiej propagandzie i wyjechała do Związku Radzieckiego. Zabrano wówczas całe wyposażenie cerkwi, nawet dwa dzwony. Jeden zachował się, ponieważ członkowie 14 rodzin, które zdecydowały się pozostać we wsi ukryło go w studni. Po ostatecznym wysiedleniu ludności (we wsi została tylko jedna rodzina posiadająca amerykańskie obywatelstwo, jednak wyprowadzili się z powodu trudności życia w opuszczonej okolicy) podczas Akcji ,,Wisła" dzwon przeleżał ukryty na cmentarzu w Rudzie Śląskiej kolejne lata, aby ostatecznie powrócić do Wołowca, gdzie obecnie się znajduje.

W 1958 roku w rodzinne strony powróciło 8 łemkowskich rodzin. Większość obecnych mieszkańców Wołowca to Łemkowie.

Naszą relację rozpocznę od cerkwi, ponieważ niegdyś było to centrum wsi, obecnie za cerkwią w stronę Nieznajowej znajduje się jeden dom.



Drewniana cerkiew pw. Opieki Matki Bożej (Pokrow) była dawniej filialną cerkwią grekokatolicką. Teraz w każdą pierwszą niedzielę miesiąca odprawiane są tam msze prawosławne, na które przyjeżdża duchowny prawosławny z Bartnego. Data na nadprożu, napisana w języku starocerkiewnym w tłumaczeniu oznacza rok boży 1766 i oznacza zapewne datę budowy świątyni. Cerkiew odnawiano w roku 1880 i na początku XX wieku.



Po wysiedleniach świątynia służyła za owczarnię. Łemkowie, którzy wrócili w rodzinne strony z zachodu, zastali cerkiew w opłakanym stanie. W latach 1962-68 wykonano gruntowny remont.
Pod koniec lat 90 upadające drzewo zniszczyło sanktuarium, które pieczołowicie odbudowano. Widać to nawet na zdjęciach, że ta część cerkwi jest jaśniejsza, ponieważ drewno jest młodsze.

Wewnątrz znajduje się XVIII - wieczny, dość nietypowy, bo niesymetryczny ikonostas. Po lewej jest więcej ikon niż po prawej. Ikonostas został uzupełniony ikonami ze zbiorów w Łańcucie.
Kilka ikon w czerwcu, kiedy odwiedziliśmy cerkiew było w renowacji ( widać puste miejsca w rzędzie ikon namiestrnych).




Polichromia jest bardzo zniszczona. To wszystko przez to, że długi czas dach nie był zabezpieczony i  spływający deszcz niszczył bezcenne malowidła. Są one sukcesywnie odnawiane.
Malowidło nad nawą przedstawia wizję cesarza Konstantyna z 312 r.
Ciekawostką jest fakt, że w świątyni tej nie ma prądu, a podczas mszy blask daje jedynie światło świec.
Przed cerkwią stoi stara chrzcielnica.

Obok cerkwi znajduje się stary cmentarz. Kilkanaście kamiennych nagrobków zostało prawdopodobnie wykonanych przez kamieniarzy z Bartnego.





Dwie przepiękne figury Matki Bożej. Ta pierwsza pochodzi z 1903 roku.



Kilka krzyży...

Cmentarz przy cerkwi został zamknięty w 1930 roku z powodu braku miejsca. Nowy cmentarz znajduje się około 200 m na północ od cerkwi. Trzeba na łące nad świątynią kierować się w lewo. Cmentarz ten jest używany także obecnie.



Tutaj także znajdziemy w starszej części kilka kamiennych nagrobków z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

W Wołowcu można spotkać także wiele kamiennych i żeliwnych krzyży. Jedną część wsi odwiedziliśmy jeszcze w czerwcu podczas wyprawy do Banicy.
Idąc w kierunku Krzywej można spotkać kilka kamiennych pamiątek z przeszłości.






Jednak mnie bardzo zachwycił widok jaki rozpościera się ze wzgórza nad wsią. Można tam bez większego problemu zatrzymać się choćby samochodem, bo ruch jest niewielki, a wart nacieszyć oko :)




Drugie zdjęcie robione jest z łąki, a nie z drogi :)


Ciekawsza wydaje mi się wędrówka w stronę Nieznajowej. Niesamowicie malownicza wijąca się wśród pól i nad potokiem Zawoja droga, stwarza obrazy jak z widokówki. Tak, zdecydowanie Wołowca nie mogłoby zabraknąć na widokówkach z Beskidu Niskiego :)

Jak wspominałam za cerkwią nie znajdziemy wiele domostw. Ale za to sporo przydrożnych krzyży...




 Z tego miejsca możemy drogą leśną dotrzeć także do Świątkowej Wielkiej. 
Nie sposób wszystkiemu zrobić zdjęcie, pokazuję tylko najlepsze moim zdaniem ujęcia. 

Dalej już tylko pola, nabierające już nieco jesiennych barw złota...



Choć już trochę późno na sianokosy, wszak najwartościowszą paszę uzyskuje się z trawy skoszonej przed rozkwitem, mówi się, że pierwszą trawę trzeba po prostu skosić przez św. Janem, czyli przed 24 czerwca :)


Pogoda sprzyja, więc gospodarz ,,baluje" nawet przy niedzieli :) Żar leje się z nieba...


Na cokole krzyża widzimy świeżo wymalowany szlak turystyczny... Może i nie zbulwersowałoby mnie to, gdyby nie fakt, że dokładnie po drugiej stronie drogi rosły sobie drzewa, na których równie dobrze można ten znaczek namalować. 
Ja postrzegam te stare krzyże i cokoły jako zabytki kultury, pamiątkę przeszłości i uważam, że nie powinny być traktowane jako słupek do malowania znaków. 
Jedyne co moim zdaniem jest dopuszczalne to pomalowanie takiego krzyża, czy cokołu. Zarówno w Wołowcu, jak i na przykład w Pętnej są pięknie pomalowane cokoły.





Na umownej granicy pomiędzy Wołowcem i Nieznajową znajduje się, skryta wśród bujnej leśnej roślinności kapliczka domkowa niezwykłej urody. 
Została ona wyremontowana wpierw w 1991 roku, potem kolejny remont przeszła w 2011 roku, dzięki zaangażowaniu prawosławnego proboszcza z Bartnego, oraz wiernych z prawosławnej parafii w Wołowcu. 
Jeszcze w latach 60. XX wieku wewnątrz znajdowała się XIX - wieczna kamienna rzeźba Świętej Rodziny. 


Na frontowej ścianie znajduje się obraz Matki Bożej Opieki (Pokrowy).


W środku kapliczki umieszczono współczesne reprodukcje obrazów. Ażurowe, metalowe drzwi oraz kopułka wieńcząca dach pochodzą z daru dawnej mieszkanki Nieznajowej, obecnie mieszkającej na Ukrainie.

Na koniec sprawa obuwia. Otóż, jeśli wędrujecie w stronę Nieznajowej musicie wiedzieć, że kilka (bodajże 5 albo 6 ) razy będziecie musieli przejść w bród przez potok Zawoja. Jak każdy górski potok, tak i Zawoja płynie sobie leniwie wśród kamieni, ale po deszczu szybko zbiera wodę spływającą z pobliskich górek i zmienia się w spienioną toń nie do przebycia. Dlatego proponuję wybrać się tam, kiedy co najmniej od tygodnia nie pojawił się opad. 


My tak właśnie zrobiliśmy :) Jak widzicie Kamil przechodził po kamieniach w trekach, ja boję się po takich chodzić, bo są niestabilne, dlatego ubrałam sandały i szłam nie bacząc na mokre stopy ;) Tego dnia było gorąco, więc to żaden problem.



Jeśli wybraliście się do Nieznajowej i macie już dość przechodzenia przez potok - wróćcie do Wołowca przez las :) My tak zrobiliśmy, oszczędzicie sobie trzykrotnego brodzenia po wodzie - zawsze to coś :) 
Wystarczy w Nieznajowej, przy kapliczce z Matką Bożą iść dalej drogą leśną, jeżdżą tamtędy rowerzyści, oraz samochody terenowe.

Na koniec dodam, że w Wołowcu mieszka obecnie Andrzej Stasiuk - czołowy polski pisarz. Laureat wielu prestiżowych nagród, współzałożyciel wydawnictwa ,,Czarne" z siedzibą w Wołowcu.




Kasia.





Źródła:

A. Piecuch, A. Harkawy, M. Janowska-Harkawy ,,Opuszczone wsie ziemi gorlickiej"
W. Grzesik, T. Traczyk, B. Wadas ,,Beskid Niski. Od Komańczy do Wysowej"