sobota, 12 stycznia 2019

Jak na Łemkowszczyźnie z wampirami walczono

Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze po II wojnie światowej w Karpatach wierzono, że zmarli mogą zamieniać się w upiory. Szczególnie w Beskidzie Niskimi i Bieszczadach panowało przekonanie, że niektórzy ludzie mają dwie dusze i dwa serca. Ponieważ zapotrzebowanie na odpędzanie złych mocy odpowiedzialnych za wiele nieszczęść, w tym szerzącej się na tym terenie zarazy, było ogromne, powstała grupa ,,specjalistów" od wampirów, upiorów i duchów. 
Zwano ich ,,baczami"...



Kim jest upiór?

Na pograniczu między niesamowitymi zjawami, a ludźmi znajduje się "upiór". Jest to istota (jedni uważają, że to duch, inni że chodzący nieboszczyk), która po śmierci wychodzi z grobu i albo czyni ludziom różne złośliwości - straszy, dusi bydło itp. Drugi typ to osoby nie mogące się rozstać z opuszczoną rodziną, wracają nocami do swoich domów i pomagają przy pracy w gospodarstwie, rąbią drewno, młócą zboże. Znane są też historie o upiorach, które odwiedzały swoje żyjące żony i utrzymywały z nimi normalne stosunki małżeńskie.
Wierzono, że upiorem może stać się po śmierci człowiek poczęty ze stosunku odbytego w czasie menstruacji. Przyszłego upiora można było poznać jeszcze za życia po tym, że miał wybitnie czerwoną karnację twarzy i ciemne zrośnięte brwi. Po śmierci zaś ciało delikwenta miało wykazywać wybitną elastyczność, nie sztywniało, oraz zachowywały się rumieńce na twarzy.


Dwie dusze, dwa serca

Upiór posiada dwa serca, jedno sprawiedliwe - od człowieka i drugie niesprawiedliwe pochodzące o diabła. Podobnie z duszami. Jedna została ochrzczona i po śmierci poszła spokojnie w zaświaty. Natomiast druga, nie ochrzczona, pozostawała w zwłokach i powodowała, że nieboszczyk wychodził z grobu. Mawiano, że kiedy taki człowiek umiera ,,nie ma po śmierci spokoju". 


Życie z upiorem

Często upiorami stawały się kobiety które zmarły w połogu. To oczywiste, że matce ciężko opuścić nowo narodzone dziecko, dlatego też nocą wstawały z grobu, aby nakarmić i kąpać swoje dzieci. W jednej wsi, zmarła położnica wychodziła z grobu, ustawiono w niecce przy piecu miskę z wodą i lnianą szmatkę. Codziennie rano ręcznik było mokry, a dziecko starannie wykąpane. 


Jak unieszkodliwić upiora?

Bacza posługujący się swoimi magicznymi sposobami wyszukiwał na cmentarzu grób, z którego potencjalnie mógł wychodzić nieboszczyk, następnie odkopywał grób. Trumnę wydobywano, wyjmowano zwłoki, bacza odwracał nieboszczyka plecami do góry. Całego rytuału dopełniało przybicie ciała do ziemi osikowym kołkiem, lub żelaznym zębem od bron. Należało jeszcze bezwzględnie odciąć głowę, włożyć między nogi, oraz nieboszczyka przykryć kolczastymi gałęziami (np. tarniną). Ostatecznym zabiegiem uniemożliwiającym powtórne wyjście z grobu było przysypanie go kamieniami. Najbardziej podejrzani o bycie upiorami byli samobójcy, ludzie dotknięci różnymi chorobami, złoczyńcy, osoby oskarżone o czary itp. To ich groby odkopywano w pierwszej kolejności w razie nieszczęść, które spotykały wioskę, pierwsze podejrzenie padało na te właśnie osoby. 

Pochówek wampiryczny - przykład z Gliwic

Leszek Babej, Bacza z Kreckovec, Tymko Rydżyk - łemkowscy baczowie

Leszek Babej (Gyrda) to najsławniejszy na Łemkowszczyźnie bacza. Na co dzień beztroski, notorycznie pijany. Mieszkał w Blechnarce i tam też został pochowany, a na lokalnym cmentarzu bez problemu można odnaleźć jego mogiłę (swoją drogą, to ciekawe gdzie w owym grobie spoczywa jego głowa). Systematycznie przepijał honoraria otrzymane od swoich pacjentów. Mawiał bowiem "Jakbym za to kupił cielę to zdechnie, a jakbym przyniósł do domu toby je ogień spalił, to już lepiej przepić". Mimo iż nie cieszył się dużym szacunkiem głośno było w okolicy o jego skuteczności i miał liczną klientelę. Gdy był już po 60-tce, przepowiadał, że dwa miesiące przed śmiercią straci mowę i będzie ciężko chorował, ponieważ spadną na niego wszystkie cierpienia, z których wybawiał ludzi. Według opowieści miejscowych przepowiednia sprawdziła się, dwa miesiące przed śmiercią autentycznie Gyrda stracił mowę. 

Nagrobek Leszka Babeja (Gyrdy) na cmentarzu w Blechnarce

Bacza z Kreckovec to zupełnie inny typ człowieka. Pochodził z rodziny gdzie od lat trudniono się tym zawodem, dlatego określenie ,,bacza" stało się ich nazwiskiem rodowym. Był pobożny, nosił brodę, która dodawała mu powagi. 
Baczowie zajmowali się nie tylko unieszkodliwianiem upiorów. Trudnili się również znachorstwem, odczynianiem uroków. Co niektórzy potrafili nawet składać kości i leczyć.



Tymko Rydżyk to następca Leszka Babeja. Uważano, że kiedy bacza przekaże swoje umiejętności następcy, to wówczas sam traci swoją moc. Jednocześnie zawód ten, umiejętności przekazywane z ust do ust, były utrzymywane w największej tajemnicy. Dlatego do dziś nie znamy czarodziejskich zaklęć, modlitw, czy treści ,,zaszeptiwania". 



Samobójca spod Lackowej

Jak odbywało się unieszkodliwianie upiora opowiadał naoczny świadek, nieżyjący już Tymko Okarma. Otóż za jego pamięci powiesił się syn właściciela miejscowej huty szkła. Jak wskazywał zwyczaj samobójcy nie grzebano na lokalnym cmentarzu, tylko z daleka od wsi. W związku z tym nieszczęśnika pochowano na Lackowej, w miesjcu "gdzie schodziły się trzy granice", a mianowicie ówczesna granica węgierska, oraz granice wsi Huta Wysowska i Bieliczna. Po pewnym czasie po okolicznych wioskach rozeszła się niepokojąca wieść, że ,,młody pan" chodzi po lesie i straszy kobiety zbierające grzyby. 


Sprowadzono spod Tatr (uważano, że najlepsi baczowie oraz generalnie ów zawód wywodzi się z tajemniczych "gór") baczę, staruszka koło 90-tki, który w towarzystwie mieszkańców całej wsi udał się w miejsce pochówku. Najpierw usunięto z grobu około 3 kubiki (metry sześcienne) kamieni, które poskładano na grobie, żeby nieboszczyk z niego nie wychodził - co akurat nie poskutkowało - i wydobyto zwłoki. 
Pomimo, że od śmierci samobójcy minęły już dwa miesiące jego ciało nie rozkładało się. Bacza rozpalił ognisko, rzucił do niego jakieś zioła, okadził nimi trupa, pokropił go święconą wodą a następnie uciął mu głowę toporem i odwrócił zwłoki plecami do góry. 
Między rozłożone nogi położył gałęzie tarniny, położył na nich głowę. Na koniec przybił trupa do ziemi dwoma długimi gwoździami, z których jeden wbił między łopatkami, a drugi w krzyże, czyli okolice lędźwi. 
Po powtórnym okadzeniu i pokropieniu święconą wodą grób z powrotem zakopano.


Upiory w Jaworniku koło Komańczy

Najbardziej znanym i najszerzej opisanym przypadkiem pochówków wampirycznych jest Jawornik (możecie o nim poczytać TUTAJ). 
O miejscowych zwyczajach pisał znany polski etnograf Oskar Kolberg: ,,W upiory lud górski wierzy mocno; i tak we wsi Jaworniku nad Osławicą nie ma jednego człowieka pochowanego na cmentarzu, który by nie miał w głowę wbitego ćwieka, lub uciętej, i u nóg położonej głowy".
Sam rytuał pochówków wampirycznych funkcjonował co najmniej kilkaset lat. Pierwszy znany przypadek takiego pochówku miał miejsce na początku XVI wieku, ostatni do którego miało dojść w Jaworniku już po drugiej wojnie światowej, tuż przed wysiedleniem wioski. 




Wampir z ulicy Zamkowej w Sanoku   

Ciekawym przypadkiem jest grób odkryty w latach 80-tych w Sanoku na ulicy Zamkowej. Podczas rozbiórki zabytkowego domu wzniesionego w sąsiedztwie cerkwi pw. św. Trójcy odnaleziono cmentarzysko liczące kilkadziesiąt grobów. 
Uwagę badających sprawę archeologów przykuł jeden pochówek. Osoba złożona w grobie miała około 25 lat. Trudno określić płeć tej osoby ponieważ, kości czaszki wskazują, że mógł to być mężczyzna, natomiast kości miednicy przemawiają za tym, że była to kobieta. Archeolodzy przypuszczają, że człowiek ten mógł być hermafrodytą (osoba posiada wówczas cielesne cechy zarówno kobiety jak i mężczyzny). 
Prawdopodobnie właśnie to sprawiło, że nieboszczyka nie pozostawiono w spokoju po śmierci. Profilaktycznie wykopano go, odcięto mu głowę i schowano między nogami. Na tym samym cmentarzu odnaleziono jeszcze dwa groby, gdzie pochowanie w ustach mieli monety, co też świadczy o tym, że wśród społeczności byli ,,podejrzani".


źródło : e-sanok

Wierzyć?

Strach przed wszelkiej maści złymi mocami jest tak stary jak istnienie ludzkiego gatunku. Teraz wiele ludzkich defektów, czy chorób potrafimy rozpoznać. Wcześniej, jeszcze przed wojną, jak ktoś był odmieńcem, miał na przykład dużą głowę czy wyłupiaste oczy, to stwierdzano iż to ,,odmieniec", albo że jak nic jakiś ,,podrzutek". 



Czytelnikowi, który nie spotkał się w swoim życiu, w swojej okolicy z tego typu opowiadaniami trudno jest zrozumieć w jaki sposób te wierzenia dotrwały do dnia dzisiejszego. Natomiast jeśli słyszycie od dziecka, przy rodzinnym stole, jak to wasza babka, czy prababka opowiadała, że widziała upiora ,,na własne oczy" - to już trochę zmienia postać rzeczy. 
Jedni nazwą wiarę w duchy, upiory, zjawy zwyczajną ciemnotą. Ja natomiast uważam, że jest to elementem kultury w pewnym stopniu scalającej społeczność, która wspólnymi siłami musiała sobie radzić z nawiedzającymi wioskę złymi mocami. Nie mówię, że odkopywanie grobów było dobre, ale było na to przyzwolenie, dla dobra sprawy, ludzie patrzyli na to i nikogo to wtedy nie bulwersowało. 

Nikomu nie karzę w to wierzyć, natomiast proszę, o potraktowanie tego tekstu jako elementu historii i kultury, bo to już odległa przeszłość, nie zmienimy jej, możemy tylko o tym po latach poczytać... A to już nie wróci, tak myślę...





Opracowanie tekstu, oraz zdjęcia: Katarzyna Skóra 




Źródła: ,,Podkarpacka historia" nr. 5-6
             ,,Śladami Łemków" Roman Reinfuss, Wyd. Kraj, Warszawa 1990
              ,,O łemkowskich worożkach, baczach i czarownicach" Roman Reinfuss 
              https://esanok.pl/2017/mamy-w-sanoku-mroczne-tajemnice-kto-zaostrzy-sobie-zeby-na-wampiry-00e13dm.html

sobota, 29 grudnia 2018

Bieszczady mniej znane - relikt wsi Choceń

Jest takie miejsce w Bieszczadach, jedno z niewielu, gdzie nie dotarł żaden PGR, gdzie od wysiedleń nikt nie zamieszkał, gdzie przyroda rządzi niepodzielnie od 70 lat, powoli zabierając sobie to co wyrwał jej człowiek... Bojkowska dolina ,,niezaorana" przez powojenną rekultywację gruntów nosi w sobie mnóstwo śladów po dawnych mieszkańcach. Mowa tu o wsi Choceń - niezwykłej nieistniejącej już wsi. Na czym polega jej wyjątkowość?
Posłuchajcie :)


Wiadomo, że Choceń powstał między 1536 a 1552 rokiem. Zasadźcą nowej wsi był przypuszczalnie Mikołaj Tarnawski herbu Sas. Wiele wskazuje na to, że Choceń był ostatnią wsią na Ziemi Sanockiej lokowaną na prawie wołoskim. Nazwa wsi może pochodzić od irańskiego słowa "chacan" które oznacza miejsce walki, obwarowanie, szaniec. Może to wskazywać, że dzieje osadnictwa na tym terenie sięgają czasów znacznie odleglejszych niż się przypuszcza.
W XVII wieku Choceń dwukrotnie był napadany i plądrowany przez najazdy Tatarów.

Choceńska studnia 

W 1921 roku wioska liczyła 33 domy i 199 mieszkańców. W czasie II wojny światowej Niemcy szukali w Choceniu ropy naftowej. 
W styczniu 1945 roku prowadzone były czynności spisowe, które wykazały 224 mieszkańców. Po kilku potyczkach Wojska Polskiego z Ukraińską Powstańczą Armią, które miały miejsce w 1946, większość mieszkających tu ludzi została wywieziona na Ukrainę, pozostałych wysiedlono w ramach akcji "Wisła" w następnym roku. 


Do Chocenia można dojść od strony Średniego Wielkiego albo od strony Cisowca. Mogę Wam powiedzieć jak to wygląda od strony wspomnianego Średniego. Jedziecie drogą, dopóki się nie skończy. Tam zostawiacie samochód i kierujecie się ścieżką wiodącą w las - a gdzie skręcić pokaże Wam tabliczka Nadleśnictwa Baligród.
Droga wiedzie nad krawędzią głębokiego potoku, potem, gdy wchodzimy w wyraźną dolinkę, porośniętą młodym lasem to znak, że jesteśmy w Choceniu. 

Zawalona piwnica

A tu piwnica w idealnym stanie - można wejść do środka

Doskonale wiecie, że do odwiedzanie takich miejsc jest wskazane wczesną wiosną, na moich zdjęciach możecie zobaczyć dlaczego - po prostu wszystko widać :) 
Jak wspominałam, Choceń to jedna z niewielu wsi, gdzie nie dokonano rekultywacji terenu, stąd zachował się cały, czytelny obraz wioski. 


Ciekawym faktem jest, że ta wioska w 2/3 terenu znajduje się w rękach prywatnych, natomiast 1/3 należy do Nadleśnictwa Baligród. Właścicielami są Joanna Dominiczak i Saun Cutts. To oni zlecili i sfinansowali w 2003 roku badania, które przeprowadziła grupa historyków i architektów Z Regionalnego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków. 


W ich wyniku znaleziono 54 siedliska - miejsca, w których niegdyś stały choceńskie chaty,  a przy nich piwniczki, studnie, sady... Rozrysowano plan, sporządzono kompleksową dokumentację - Choceń miał się stać miejscem pamięci o tragicznej historii Bieszczadów. Niestety... mogło być tak pięknie, ale władze samorządowe nie wykazały zainteresowania owym pomysłem, stąd odszedł w zapomnienie...


W 2007 roku do akcji wkroczyło Nadleśnictwo Baligród, które przy pomocy uczniów z Zespołu Szkół Drzewnych z Leska, oraz harcerzy z Lublina rozpoczęło porządkowanie terenu. Zabezpieczono studnie, odkryto część podmurówek. Zajęto się miejscem po cerkwi i miejscem po cmentarzu. Znaleźli mnóstwo pozostałości po dawnych mieszkańcach np. ostrzałki kamienne, lemiesze pługów, podkowy, serce dzwonu, oraz wiele innego typu ,,żelastwa". 

Pokonując po kamiennych płytach potok Choceńka, możemy dojść do cerkwiska...

Cerkiew była jedynym obiektem znajdującym się po drugiej stronie potoku. Wznosiła się w bardzo ciekawym miejscu, otoczonym z dwóch stron jarami mniejszych dopływów głównego potoku, na wyraźnym wzniesieniu. Pierwsza cerkiew została zbudowana pod koniec XVI wieku, wielokrotnie przebudowywana. Jej miejsce zajęła nowa dopiero w roku 1870. 
W 1890 roku miejscowa cerkiew pw. Opieki Najświętszej Maryi Panny była filią parafii w Serednim Wielkim. W 1947 roku została zniszczona - prawdopodobnie spalona, o czym świadczą fragmenty stopionego szkła wykopane na terenie cerkwiska podczas odkrywania jej fundamentów. 


Nieistniejąca cerkiew w Choceniu, fotografia pochodzi z 1924 roku, 
Fot. z archiwum Nadleśnictwa Baligród

Całkiem nowy krzyż, a bok niego resztki wykopane przez ochotników

Wśród niewątpliwych skarbów jakie odkryto, podczas porządkowania wioski były dwa krzyże z kopuł cerkiewnych. Zostały one położone w miejscu gdzie stał ołtarz (oznaczone jest kopką kamieni - teraz oparty jest o nie duży krzyż), ale jak powszechnie wiadomo takie stare, kute krzyże są gratką dla kolekcjonerów. Dlatego też jeden z nich szybko zaginął. Podjęto decyzję o przechowywaniu tych cennych rzeczy w bezpieczniejszym miejscu. Skradziony krzyż powrócił ponoć do Nadleśnictwa, złodzieja chyba gryzło sumienie...


Odkopane przez ochotników w 2007 roku podmurówki już trochę zarosły, barierki mające ułatwić wspinaczkę, aby dotrzeć do cerkwiska także już upadły...

Kamień z napisem cyrylicą BORNIA ("walka"), poniżej wyryty był tryzub

Ciekawym znaleziskiem było też wyciągnięcie z potoku kamiennej płyty z napisem i tryzubem. Obecnie nawet napis jest ledwo widoczny. Kamień ten znajdziecie na cerkwisku. 
Na wprost wejścia do cerkwi znajdowała się dzwonnica, a powyżej świątyni był cmentarz. Dziś jego śladem są jedynie łany barwinku, oraz ledwo zarysowane ziemne kopczyki - tylko tyle pozostało. 


Resztki podmurówki

Wędrówka dalej, w górę wsi, w stronę Cisowca jest możliwa tylko wiosna albo późną jesienią. Bujna roślinność latem uniemożliwia chodzenie, a co najzabawniejsze, wiedzie tam wyznakowany szlak rowerowy :) 

Studnia w górze wsi, obok niej wyraźny ślad, że stał tam dom - świetne tereny do eksploracji. Na zdjęcie załapała się także lulecznica kraińska :)

Chciałam wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. W Choceniu w ciszy i spokoju żyje sobie stado żubrów. Mam na to wyraźne dowody :) 

Cały teren wsi, gdzie tylko było trochę błota jest poznaczony śladami kopyt

Dieta żubrów to w większości trawa, ale 33 % zjadanego przez nie pokarmu to kora drzew, gałązki, liście... Drzewa w okolicy są dosłownie oskórowane, zarówno te powalone, jak i te żywe.


W górze wsi udało się znaleźć kości. Czyje one są to nie wiem, ale ta która wyraźnie odróżnia się kolorem jest dość stara co prawda, lecz przypomina żubrzy róg.


Po przejściu całej wioski, co bardzo polecam, wychodzimy na górkę, skąd roztacza się piękna panorama w stronę Cisowca i Bieszczadów Wysokich.



Choceń to nie tylko wioska ale i górujący nad nią szczyt. Nie jest może jakoś oszałamiająco wysoki, ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że znajduje się tam całkiem fajna wiata :)

Wiata na wzgórzu Choceń

Znalazłam też ciekawy tekst o Choceniu, nie będę przytaczać fragmentów, ale odsyłam i zachęcam do przeczytania Artykuł : "odkopuja-zapomniana-wies".

Wiele osób powie, że w tej wiosce nie ma nic ciekawego. Nie ma widoków - dla których ludzie wchodzą na połoniny. Nie ma zabytków, a po tym co było to nawet  nie wiele pozostało. Żubry są, ale wiadomo, że nie tak łatwo je spotkać i zobaczyć...
Ale wiecie co? To właśnie w takich miejscach jak Choceń czuć klimat i ducha Bieszczadów, a nie na zadeptanych, komercyjnych połoninach. 

Na koniec filmik Telewizji Rzeszów, który fajnie pokazuje tamtejszy teren tuż po wykonanych pracach porządkowych. Można sobie porównać :) 






Kasia

niedziela, 18 listopada 2018

Wszystko czego nie wiecie o górze Cergowej

Od zawsze to co inne, niezrozumiałe, odstające od normy budziło lęk, stanowiło zagadkę. Tak też od wieków było z Cergową. Pomyślmy, taka samotna góra, stroma, o trzech szczytach, wznosząca się nad pobliską Duklą - widoczna z daleka, nawet z odległych miejscowości coś nietypowego. Ludzką ciekawość wzbudzał fakt skąd się wzięła? Każdy tłumaczył to na swój sposób :)
W legendy zazwyczaj się nie wierzy, może nawet słusznie, ale są to historyjki przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ich wartość jest nieokreślona w dzisiejszych  czasach. Ponadto drzewiej zamiast bezmyślnie oglądać wieczorami telewizję, rozbudzano dziecięcą wyobraźnię na przykład takimi lokalnymi legendami, które zapadały w pamięć na długo. 


Zbójeckie jaskinie

Przed wiekami w Beskidzie Niskim królowali tak zwani beskidnicy, tołhaje. Nie byli to tak szlachetni ludzie jak znany z serialu Janosik, większość z nich to byli zwyczajni beskidzcy zbóje. 
Znajdujące się na górze Cergowej jaskinie teraz są zbadane - wiemy mniej więcej, że są to dość głębokie co prawda - ale to tylko szczeliny, natomiast przed wiekami stanowiły enigmatyczną zagadkę. 
Legenda głosi, że w XVII wieku w owych jaskiniach ukrywali się beskidzcy zbójnicy. Upodobali sobie szczególnie rabowanie dość bogatej wówczas grupy ludności, a mianowicie księży. Okradli na przykład doszczętnie księdza Feliksa de Valla, kanonika przemyskiego i plebana w Jasionce. Obrabowali także plebana w Rogach, który ledwo uszedł życiem z opresji, ukrywając się w zmyślnej, przeznaczonej na taką okazję kryjówce. Takie samo nieszczęście spotkało aż dwa razy księdza Wiczkiewicza plebana z Jasionki. 


Pieczary na Cergowej miały dawać schronienie niepokornym zbójom, którzy w jaskiniach przetrzymywali też doraźnie swoje łupy, a nawet zwierzęta, które uprowadzili z plebańskich stajni. Zbierali się tu też przed wyruszeniem na zbójecką wyprawę. 
Legenda głosi, że w tychże jamach w ziemi po dziś dzień można znaleźć ukryte przed wiekami skarby, a nawet kościotrupy - szkielety któregoś ze zbójów, który śmiertelnie ranny podczas napadu, właśnie tu wyzionął ducha. Przed laty zdarzali się ponoć pośród okolicznych parobków śmiałkowie, którzy dokonywali tak druzgocących odkryć. 
Na szczęście dziś w cergowskich jaskiniach możemy spotkać co najwyżej tylko nietoperze.


Zapadłe miasto

Rzeczone miasto miało powstać więcej niż tysiąc lat temu, jak mówi legenda. Domy w nim były z kamienia, oraz całość okalał kamienny mur. Aż do dnia, kiedy zapadło się pod ziemię... a jak to się stało? Posłuchajcie...
Ludzie w owym mieście żyli w pogaństwie. Bezeceństwom wszelakim nie było tu końca, istna Sodomia i Gomora. Wtedy do miasta zawitali obcy przybysze. Nie od razu zdradzili kim są, dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że to uczniowie Cyryla i Metodego - misjonarze, co krzewili chrześcijaństwo w słowiańskim obrządku. 
Mieszkańcy przyjęli ich co prawda gościnnie, ale kiedy nieznajomi zaczęli wypominać im złe postępki, miastowi zaczęli się do nich odnosić nieufnie. Misjonarze mówili o Bogu i czytali księgę ze Słowem Bożym. Ponadto doradzali ludziom w wielu sprawach, wszystkie swoje osądy popierając słowami zapisanymi w tajemniczej dla mieszkańców kamiennego miasta księdze. 



Starszyzna miejska uradziła, żeby wypędzić z miasta misjonarzy, a tę tajemniczą księgę zostawić. Jak postanowili tak też zrobili. Wtedy stała się rzecz straszna. Kiedy misjonarze opuścili bramę miasta, rozwarła się pod nim ziemia i pochłonęła wszystkie budowle, razem z mieszkającymi tam ludźmi. 
Gdy misjonarze obejrzeli się za siebie dostrzegli na leśnej polanie drzwi od oberży w której zamieszkiwali, a na nich leżała księga. Zawrócili i wzięli ją ze sobą.
Kiedy zeszli w dół, w jednej z wiejskich osad opowiedzieli o tym co ich spotkało - o mieście, które jak się zdaje pochłonęły moce piekielne. 
Wieśniacy obawiając się, żeby nie spotkała ich podobna kara przyjęli ich wiarę, a te drzwi, jako dowód i ku przestrodze potomnych wstawili do swojego kościoła.


Morskie Oko

A było ono tuż poniżej jaskini, koło której w czasie ostatniej wojny spadł samolot... Tu gdzie teraz jest Morskie Oko istniała szczelina skalna. Pewnego razu siedziało koło niej dwóch młodzieńców - lecz nie takich zwykłych, bo byli to olbrzymi, wielkoludy i grali w złote kulki. Naraz jedna z nich wpadła do owej szczeliny. Męczyli się, próbowali ja na różne sposoby wyciągnąć, nic nie przynosiło efektu. Postanowili więc, że rozkopią szczelinę. Kopali i kopali, coraz głębiej, aż ich wielkie ciała zmieściły się w dole, a kulki nadal nie mogli wydostać.


Wreszcie dokopali się do jakiejś wody. Dziura zamieniła się w szeroką i głęboką studnię. Mimo wszystko postanowili przeszukać jej dno. Próbują wejść do wody, a tu nagle wynurza się z niej ogromny łeb ryby. Młodzieńcy nie mieli wątpliwości, że w ich poszukiwania wmieszał się jakiś diabeł i zwodzi ich, chowając złotą kulkę i jeszcze wymyślając te wszystkie przeszkody. 


Wtem ryba rozdziawiła paszczę, a w nim widać pobłyskującą kulkę. Młodzi przerazili się, że przez ich chciwość i głupotę pewnie dokopali się do jakiegoś podziemnego morza i czym prędzej oddalili się od studni. Kiedy wrócili w to miejsce po kilku dniach okazało się, że cała dziura wypełniła się wodą, która była wzburzona i kipiąca niczym fale bijące o brzeg.


W czasie pełni księżyca wody przybywało, wylewała się i cieknąc po zboczu góry trafiała do Jasiołki. Nikt nie miał wątpliwości, że dziura sięga aż do morza, bo woda z niej była słona. Stąd też ów stawek nazwano Morskim Okiem. Tyle tylko, że z czasem, kiedy zabrakło wielkoludów, kiedy cergowskie kamienne miasto zapadło się pod ziemię, także jeziorko zarosło szuwarami, zasypały je liście i dziś pozostał po nim tylko nikły ślad.


Goły pies

Niegdyś ogromne połacie lasów należały do dukielskiego hrabiego Męcińskiego. Jak wiadomo chłopi kradli drewno i kłusowali na potęgę, więc Pan zatrudniał gajowych, żeby pilnowali jego dóbr. Był jeden gajowy, którego rewir obejmował Cergową. Zawsze chodził tam z psem. Czy to żartem, czy serio właściciel powiadał o swoim pupilu, iż to istne diabelskie nasienie. Nigdy się nie łasił, nie dawał się pogłaskać, na wszystkich warczał i szczerzył kły. 


Pewnego razu gajowy szedł ze swym psem - wabił się Kusy - w pobliżu jaskiń na Cergowej. Wtem pies podniósł głowę i zaczął węszyć, coś złego musiało wisieć w powietrzu, bo jeszcze nigdy się tak dziwnie nie zachowywał.
Nagle coś świsnęło w powietrzu i tylko się zakurzyło przy wejściu do jaskini. Kusy bez chwili wahania rzucił się w tamtą stronę i zniknął w czeluściach. Gajowy mocno się zaniepokoił i nasłuchiwał uważnie, bo pies zawsze jak ruszył za zwierzyną to ujadał jazgotliwie, a tu nic - tylko cisza. Odczekał chwilę i zaczął go wołać. Minęło sporo czasu, a Kusy nie wracał. Gajowy pomyślał, że tam dalej może jaskinia jest taka wąska, że pies nie może się wykręcić i odwrócić...


Słońce chyliło się ku zachodowi, a Kusego nie ma. Wrócił więc gajowy do domu sam, spisując psa na straty... Lecz wieczorem stało się coś niezwykłego. 
Kusy wrócił. Cały goły. 
Ale jak to ,,goły"? - zapytacie. 
Nie było na nim ani jednego kłaczka, jakby go ktoś żywcem ogolił do samej skóry. 
Chłopi w Zawadce Rymanowskiej widzieli jakiegoś stwora, niby psa nie-psa, bo bez sierści jak wyłaził ze szczeliny między skałami - to był Kusy. 
Żył jeszcze kilka miesięcy, ale zima przyszła, z nią mrozy, a sierść nie odrosła.
Tak się skończyło spotkanie Kusego z diabłem, że zamarzł zimą w swojej budzie...


Legendy są pierwszym elementem folkloru i tradycji z którym spotykamy się już jako dzieci. Samo słowo ,,legenda" wywozi się z łaciny i oznacza coś co trzeba przeczytać, coś do czytania (łac. legere - czytać). Są to opowieści przekazywane w formie ustnej, stąd też każda legenda ma jakąś podstawę historyczną, która ewoluuje z czasem.
Każde dziecko, czy to w szkole, czy biorąc do ręki swoją pierwszą książkę poznaje legendy, o Popielu, o Kraku... Ale najbardziej działają na wyobraźnię te nasze - lokalne, regionalne legendy, które opowiadają o znanych nam miejscach.
Dzielmy się takimi opowieściami z naszymi pociechami, bo teraz, w czasach animowanych bajek, szczególnie trzeba zadbać o dziecięcą wyobraźnię. 



PS. W tym artykule celowo nie wspominałam o Janie z Dukli :) 
Biorąc pod uwagę ilość legend z nim związanych, powstanie o tym osobny wpis.




Kasia.



Źródło: ,,Księga legend i opowieści beskidzkich ", Andrzej Potocki, wyd. BOSZ, Olszanica 2003


sobota, 20 października 2018

Podkarpackie Władysławowo... - Rymanów

Rymanów to miasteczko liczące niespełna 4 tys. mieszkańców, położone na granicy dwóch krain geograficznych – Dołów Jasielsko-Sanockich oraz Beskidu Niskiego. Stare centrum zostało założone na północnym, należącym do Beskidu ramieniu wzgórza, opadającym na północ. Północne przedmieście, Posada Dolna i nowsza, północno-wschodnia część miasta, leżą już na terenie wspomnianych Dołów. 
Miasto powstało na skrzyżowaniu szlaku z Biecza przez Krosno do Sanoka, ze szlakiem wiodącym na Węgry przez Jaśliska i przełęcze karpackie, którymi transportowano towary (głównie wino, skóry i miód). Takie położenie sprzyjało w miarę dobrej egzystencji osady, mimo wielu klęsk, które je dotykały – pożarów, epidemii, najazdów tatarskich, węgierskich, szwedzkich, rosyjskich lub zbójników karpackich.




Miasto zostało założone w 1376 r., przez Władysława Opolczyka. Nadał mu, pochodzącą od swego imienia, nazwę „Ladisslauia” (co można tłumaczyć jako Władysławowo). Wójtem został Niemiec – Mikołaj Reymann, od którego nazwiska przypuszczalnie przyjęła się dzisiejsza nazwa miasta – Rymanów, używana w dokumentach od 1415 r. 





Historia właścicieli Rymanowa jest długa, skoro sama nie jestem w stanie zapamiętać tych nazwisk to i Wam nie będę ich przytaczać. Ważne znaczenie dla miasta mieli Skórscy, którzy w XVIII wieku zamieszkali w Rymanowie we wzniesionym przez siebie dworze, wokół którego założyli park. Za ich czasów miał miejsce duży pożar miasta (1839 r.). 


W 1872 r. od Skórskich dobra zakupili Potoccy – Stanisław i jego żona Anna z Działyńskich. Potoccy przyczynili się znacznie do rozwoju miasta – m.in. założyli szkołę przemysłu artystycznego (1873 r.), ale przede wszystkim uzdrowisko Rymanów Zdrój (1881 r.), w którym wznieśli pijalnię, łazienki, budynki dla kuracjuszy i utworzyli park zdrojowy. 
W 1890 r. w mieście odnotowano 3264 mieszkańców, w tym 1824 rzymskich katolików, 1391 Żydów (43%) i 44 grekokatolików.


Lata międzywojenne, źródło: fotopolska.eu

Jak widzicie przed wojną Żydzi stanowili niemal połowę liczby ludności. O rymanowskich Żydach można by napisać osobny artykuł, pokrótce wspomnę, że tutejsi Żydzi zajmowali się przede wszystkim handlem towarami sprowadzanymi z Węgier, głównie winem i przyprawami, oraz lichwą. Już w XVII w. większość domów w pierzejach rynkowych była ich własnością. W pobliżu rynku, w 2. połowie XVII w., zastała wzniesiona murowana bożnica, co świadczy o randze i bogactwie gminy. 


Pod koniec XVIII w. do Rymanowa dotarł chasydyzm. Miasto stało się jego ważnym ośrodkiem, za sprawą osiadłego tu cadyka – Menachema Mendla Rymanowera.
W 1898 r. urodził się w Rymanowie Isidor Izaak Rabi, który w 1944 r. otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki.


Rynek, 1941 rok

Po rozpoczęciu okupacji niemieckiej we wrześniu 1939 r. zarządzenia i działania okupanta dotknęły szczególnie Żydów. Wkrótce nakazano Żydom opuścić Rymanów i przenieść się do radzieckiej strefy okupacyjnej za San – jednak po krótkim czasie wielu Żydów wróciło do miasta. Część tych, którzy zostali w ZSRR, trafiła wkrótce na Syberię. Żydów mieszkających w Rymanowie oraz tych z okolic zgrupowano na wiosnę 1942 r. w getcie utworzonym w północnej części miasta, wokół synagogi. Likwidację getta Niemcy rozpoczęli po kilku miesiącach, w sierpniu. Część Żydów wywieziono do obozu pracy w Płaszowie, część rozstrzelano w lesie koło Barwinka, część na cmentarzu żydowskim, a pozostałych wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu. 



Co warto zobaczyć w Rymanowie?

Synagoga 




Pierwotna była to budowla drewniana, obecnie murowana, zapewne z 2. połowy XVII w. Budynek przebudowany częściowo w czasie generalnego remontu pod koniec XIX w., odbudowany w 1920 r. po niszczeniach I wojny – wówczas ściany wewnętrzne pokryte zostały, zachowaną fragmentarycznie do dziś, polichromią autorstwa Barucha Fassa. Bożnica zniszczona została częściowo przez Niemców w czasie II wojny światowej. Po wojnie rozebrano jej babińce i przedsionek, przez długie lata budynek stał w ruinie. W 2005 roku budynek został przekazany Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, która rozpoczęła remont budynku.





Cmentarz żydowski 





Około 1 km na południe od centrum na wschodnim ramieniu wzgórza Kalwaria, usytuowany został cmentarz żydowski. Założono go pod koniec XVI w. i z tamtego okresu też pochodzi najstarsza na cmentarzu macewa. W XIX w. nad grobami cadyków wzniesiono dwa ohele – południowy nad grobem Menachema Mendla i jego żony, północny nad grobami Cwi Hirsz Rymanower i Jozefa Friedmana. Na nekropolii o powierzchni 2,46 ha, zachowało się kilkaset macew i ich fragmentów.


Dziś cmentarzem opiekuje się Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego. Groby cadyków licznie odwiedzają chasydzi z całego świata. Cmentarz żydowski jest ogrodzony i zamknięty. Klucze dostępne są w domu Wojciecha Białasa przy ul. Kalwaria 11.


Kościół pw. św. Wawrzyńca i pobliska 

plebania



Świątynia w stylu barokowym ufundowana przez Józefa Ossolińskiego w 1779 roku. Kościół ucierpiał podczas obu wojen, z mozołem odbudowywany, oraz remontowany. W głównym ołtarzu umieszczony jest obraz Matki Bożej Bolesnej namalowany na desce. Według dokumentów archiwum krośnieńskiego podarował go król Władysław II Jagiełło. 


Widok od cmentarza żydowskiego w stronę miasta

W kościele znajdują się organy pochodzące z 1887 roku, posiadające 24 głosy. W przedsionku można zobaczyć figury świętych apostołów Piotra i Pawła pochodzące ze starego kościoła. 
W podziemiach znajduje się sarkofag fundatora świątyni.
Plebania pochodzi z końca XVIII wieku.

Kalwaria rymanowska


Kaplica na górze Kalwarii 


Kalwaria rymanowska leży na wzniesieniu o wysokości 416 m n.p.m. o tej samej nazwie. Kaplica Grobu Pańskiego została wybudowana w 1745 roku jako wotum dziękczynne za powrót do zdrowia wojewody Ossolińskiego. 


Gra światła

Późniejsi właściciele Rymanowa - Potoccy wybudowali na Kalwarię stację Drogi Krzyżowej. Każda z nich była murowaną z cegły i osadzoną na kamiennym cokole kapliczką, zwieńczoną małym krzyżem. We wnękach znajdowały się płaskorzeźbione tablice ze scenami Męki Pańskiej, wykonane w 1876 roku w Zakładzie Meyera w Monachium.


Stacja drogi krzyżowej

Widać, że niedawno na terenie drogi krzyżowej wykonywane były jakieś prace porządkowe. Wycięto niektóre drzewa, wysypano ścieżki

Stacje drogi krzyżowej i kaplica Grobu Pańskiego zostały zniszczone w 1944 roku podczas walk o wyzwolenie miasta.
Całość odbudowano dopiero w latach 80-tych XX wieku. Pod Krzyżem XII Stacji umieszczono kamień z Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie.


Ze wzgórza Kalwaria mamy piękny widok na miasto :)

            
 A tutaj zdjęcia drogi krzyżowej i Kalwarii - tej starszej, która uległa zniszczeniu. Pochodzą ze strony parafii www.rymanow.przemyska.pl


Ochronka św. Józefa



Ochronka św. Józefa prowadzona jest przez Siostry Służebniczki ze Zgromadzenia Najświętszej Maryi Panny. Siostry przybyły do Rymanowa ze Starej Wsi pod koniec XIX wieku, zaś sam budynek powstał w 1902 roku ze składek mieszkańców, wsparcia rodziny hrabiów Potockich i kosztów własnych Zgromadzenia.
Po dziś dzień w tym miejscu jest przedszkole.

Cmentarz jeniecki żołnierzy radzieckich


Pomnik 


Od września 1939 roku Rymanów znalazł się pod okupacją niemiecką i wcielony został administracyjnie do Generalnego Gubernatorstwa. Rok później rozpoczęto budowę obozu. Miał on być pierwotnie miejscem stacjonowania pułku artylerii Wermachtu, ale jak się okazało później stał się więzieniem i miejscem kaźni dla przywożonych tu jeńców Armii Czerwonej. Przez obóz przewinęło się kilkanaście tysięcy oficerów i żołnierzy, których trzymano w nieludzkich warunkach. Ciasnota, brak urządzeń sanitarnych i opieki medycznej, a przede wszystkim głód i niewolnicza praca powodowały wysoką śmiertelność wśród więźniów.
Nagrobki na cmentarzu jenieckim

Jesienią 1941 roku wybuchła w rymanowskim obozie epidemia tyfusu plamistego. Dziennie umierało nawet po 100 osób, których ciała grzebano na powstającym właśnie cmentarzu. W wyniku epidemii choroby trwającej do lutego 1942 roku zmarło około 8000 jeńców oraz kilkudziesięciu mieszkańców Rymanowa i okolicznych wsi.
Obóz jeniecki w Rymanowie istniał niespełna rok. Ocenia się, że w wyniku nieludzkiego traktowania i tyfusu zmarło ponad 10 000 ludzi...



Mało gdzie spotkamy jeszcze charakterystyczne radzieckie czerwone gwiazdy, warto tu przyjść. Ponadto, cmentarz nie jest jakiś ogromnych rozmiarów a spoczywa tam blisko 10 tysięcy (!) osób, które zmarły na tyfus w ciągu dosłownie paru miesięcy... Nawet ciężko to sobie wyobrazić.


Widok od bramy cmentarnej w stronę drogi nr 28


Dawny układ urbanistyczny


Ul. Podgórze

Rymanów to nie tylko rynek i pobliski kościół. Warto przejść się wąskimi, urokliwymi uliczkami miasta. Tuż poniżej głównej drogi, po północnej stronie miasteczka, nad rzeką Tabor pełno ciasnych uliczek i drewnianymi domami, dosłownie do owej dróżki przyklejonymi. 



Z kolei tuż obok rynku znajduje się ulica Podgórze, starszemu pokoleniu znana jako Kociówka. Ta potoczna nazwa wzięła się od licznie goszczących tutaj w czasach przedwojennych kotów, które żywiły się odpadkami ze straganów znajdujących się przy rynku. Zabudowa tej dość stromej uliczki pochodzi z XIX wieku. 


Zabytkowy charakter i niespotykany klimat tego miejsca przyciągnął w  te strony w latach 50 - tych filmowców! 
Film ,,RANCHO TEXAS" kręcono w Rymanowie i okolicach. Jak sama nazwa wskazuje był to polski western ;) 
Znalazłam kilka zdjęć z planu filmowego. Pomyślcie sobie jakie to musiało być wydarzenie w okolicy!

Źródło:fotopolska.eu

Źródło: fotopolska.eu

Źródło: fotopolska.eu
Klikając w podany pod zdjęciami link, możecie zobaczyć więcej zdjęć z tamtego okresu. 


Co jeszcze?

  • Huta Szkła ,,Sabina" 
  • Dwór i park dworski (obecnie siedziba Nadleśnictwa Rymanów)
  • Stara Gorzelnia z XIX wieku (obecnie sala weselna, ale z zachowaniem zabytkowego wyglądu)
  • klimatyczny ,,Jaś Wędrowniczek"
  • kapliczki przy ,,Wisłockiej drodze" - pisałam o nich TUTAJ
Może Was dziwić, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia rymanowskiego rynku. Otóż, kamienice dookoła są ładne, ale sam rynek pełni funkcję parkingu. Nie wspominając już o pobliskim parku, w którym koczują miłośnicy tanich trunków, bo tylko im nie przeszkadza nieustanne krakanie wron, gawronów i innych ptaków. 
Byłam ciekawa, czy miasto ma chociaż jakiekolwiek plany co do modernizacji tego miejsca, no i proszę, na stronie gminy czytałam artykuł pt. Rewitalizacja rynku w Rymanowie.
Mam nadzieję, że po zakończeniu owej inwestycji z przyjemnością pojadę tam i sfotografuję efekty :)



Kasia



Źródła: